Tytuł: Empty (oneshot)
Pairing: Dongseok (Donghyuk x Hongseok, iKon)
Typ: AU, angst
A/N: Napisałam to ff ponad rok temu, oczywiście z innym pairingiem. Po emocjach związanych z Mix & Match postanowiłam zmienić to na Dongseoka i oto jest. Moje pierwsze ff. Nie jest zbyt długie i nie jestem z niego tak do końca dumna, ale kilku osobom się podobało, więc może do czegoś się nadaje. Życzę miłego czytania!
W klasie panował ogólny chaos. Uczniowie przekrzykiwali siebie nawzajem. Każdy wykorzystywał moment nieobecności nauczyciela. Donghyuk wszedł niezauważenie do sali i zajął swoje miejsce w pierwszej ławce. Słyszał, jak uczniowie szepczą za jego plecami, jak się śmieją. Zacisnął pięści na brzegu ławki. Nie musiał wsłuchiwać się w słowa, aby wiedzieć, że to on jest tematem żartów. Jak zawsze. Spóźniony nauczyciel wkroczył do klasy, a rozmowy ucichły. Uczniowie zajmowali swoje miejsca, szurając krzesłami. Chłopak odrobinę się rozluźnił. Wbił wzrok w tablicę i wyczekiwał, aż nauczyciel wypowie jego imię, sprawdzając listę obecności. Kolejne osoby wstawały ze swoich miejsc, mówiąc krótkie ‘obecny’.
- Kim Donghyuk – rozległ się donośny głos Koreańczyka w
średnim wieku.
Chłopak wstał, szybkim ruchem poprawiając szkolny mundurek.
Poczuł, jak papierowa kulka uderza go w tył głowy.
- Obecny – mruknął ledwie dosłyszalnie.
Chłopak siadając, zgarnął kulkę papieru z podłogi. Rozłożył i
rozprostował ją na ławce. Ktoś narysował na niej karykaturę, przedstawiającą
płaczącego chłopaka. Donghyuk zgniótł kartkę i rzucił przed siebie, nie
zwracając uwagi na patrzącego w jego kierunku nauczyciela. Kilka osób w klasie
zaśmiało się, sprawiając, że po policzku chłopaka spłynęła łza. Jedyne czego
pragnął, to móc wreszcie stąd wyjść.
*
Donghyuk uwielbiał chodzić jesienią do jednego z parków niedaleko jego domu. Było to jedyne miejsce, w którym czuł się bezpiecznie. Nie było tam nikogo, kto mógłby się z niego wyśmiewać, żadnych prześladowców, żadnych ludzi. Tylko on, kilka drzew i jego myśli. Czyż to nie jest idealne miejsce na spędzanie czasu? Tego dnia usiadł, jak zwykle, na ławce w dalekim krańcu parku. Wyjął z plecaka książkę i zaczął ją czytać, uprzednio otulając się mocniej szalikiem. Jednak nie mógł skupić się na lekturze. Miał wrażenie, że ktoś go obserwuje. Bał się, iż mogła to być jakaś osoba ze szkoły. Powoli podniósł wzrok znad książki. Kilkanaście metrów dalej stał nieznany mu chłopak. Jego blada skóra kontrastowała z czarnym płaszczem i ciemnymi włosami. Donghyuk zadrżał, widząc go. Nieznajomy miał przerażający wzrok, niezwykle przeszywający. Jednak jednocześnie było w nim coś pociągającego. Dong znieruchomiał, gdy tajemniczy chłopak podszedł bliżej.
- Nie powinieneś siedzieć tu sam, to niebezpieczne – odezwał
się. Jego głos emanował spokojem.
- Najbezpieczniejsze jakie znam – mruknął cicho Donghyuk.
Nieznajomy uśmiechnął się nieznacznie.
- Widocznie nie znasz świata – powiedział, siadając na ławce
obok zdezorientowanego chłopaka. Zachowywał się, jakby znali się od dawna i
przypadkiem spotkali po latach.
- Nie wiem, czego chcesz, ale wolałbym, gdybyś dał mi spokój
– mówił Donghyuk, pakując książkę do plecaka. Bał się, że to jakiś kumpel jego
szkolnych oprawców. Pewnie odkryli, gdzie chodzi po szkole i nasłali na niego
kogoś dla niepoznaki. Nieznajomy westchnął.
- Nic nie rozumiesz – zaczął. – Tacy, jak my, powinni trzymać
się razem.
Wypowiadając te słowa, położył swoją zimną dłoń na odkrytym
nadgarstku chłopaka. Donghyuk zadrżał, gdy poczuł ten dotyk. Spojrzał w dół.
Widział cienkie blizny na bladym nadgarstku, tak bardzo podobne do tych, które
znajdowały się na jego własnej skórze. Podniósł wzrok i przez krótką chwilę
patrzył prosto w oczy nieznajomego chłopaka. Po jego ciele przeszły ciarki. To
nie był prześladowca, raczej prześladowany. Cofnął rękę spod dłoni przybysza.
- Kim ty, do cholery, jesteś? – spytał Donghyuk, nie
spuszczając oczu z twarzy nieznajomego.
- Yang Hongseok – powiedział chłopak, uśmiechając się, po
czym wyciągnął rękę w geście powitania. Donghyuk niepewnie uścisnął jego dłoń.
- Nadal nie wiem, kim jesteś – mruknął Kim. Hongseok
westchnął i wstał.
- Chodź – rzucił w stronę siedzącego chłopaka. Tamten tylko
zaśmiał się. Nie był aż tak naiwny, żeby gdziekolwiek iść z osobą, której nie
zna.
- No chodź – powtórzył Hongseok bardziej stanowczym tonem,
patrząc prosto w oczy chłopaka. Donghyuk zbladł. Nie potrafił mu się
sprzeciwić. Nie, gdy czuł na sobie jego spojrzenie.
- Gdzie mamy iść? – zapytał, wstając z ławki. Założył plecak
i wsunął ręce w kieszenie kurtki.
- Chce Ci pokazać, kim jestem – powiedział Hongseok i powoli
ruszył w kierunku wyjścia z parku. Obok niego w ciszy szedł Donghyuk. Nie
rozpoznawał ulic, którymi szli. Z pewnością nie znał tej części miasta. Coraz
bardziej mu się to wszystko nie podobało. Nie powinien tu być, ale… Coś mu
mówiło, że robi dobrze. Wreszcie dotarli do starych, w niektórych przypadkach
burzących się, magazynów i kamienic. Donghyuk poczuł, jak serce zaczyna mu
szybciej bić ze strachu. To miejsce nie wyglądało przyjaźnie, a pochmurna
pogoda wcale nie poprawiała tego wrażenia. Hongseok zaczął prowadzić chłopaka
między rzędem kamienic do jednego z dość dobrze zachowanych magazynów. Weszli
do środka poprzez na wpół przymknięte metalowe drzwi. Wewnątrz było ciemno.
Światło wpływało do środka jedynie przez jedno wybite okno. Donghyuk dopiero po
chwili zauważył coś wyjątkowo dziwnego. Przyjrzał się dokładnie, na wypadek,
gdyby wzrok miał go zawodzić.
- Hongseok? – zaczął niepewnie Kim.
- Tak? – odpowiedział chłopak, siadając na jedynym parapecie.
- Czemu tu są znicze? – zapytał Donghyuk, odwracając wzrok w
stronę towarzysza.
Hongseok uśmiechnął się do niego uroczo.
- Nie przejmuj się tym, przynosi je jakaś rodzina –
odpowiedział mu. Najwidoczniej nie chciał ciągnąć tego tematu.
Donghyuk rozglądał się po wnętrzu magazynu. W kącie rozpoznał
zarys łóżka z zarzuconym nań kocem. Podłogi były zniszczone i zakurzone, a
ściany obdrapane. Wszędzie były porozrzucane śmieci i gazety.
- Przytulnie – mruknął sam do siebie.
- Siadaj – powiedział Hongseok, wskazując chłopakowi miejsce
na parapecie obok siebie.
Posłusznie usiadł obok niego. Za oknem rozciągały się dalsze
ruiny magazynów, takich jak ten, w którym się znajdowali.
- Gdzie my jesteśmy? – zapytał Donghyuk, spoglądając na
swojego towarzysza.
- To miejsce jest dla mnie, jak dom – zaczął Hongseok,
wbijając wzrok w podłogę. – Tylko tu jestem bezpieczny.
Donghyuk odruchowo objął chłopaka ramieniem. Czuł ból w
słowach, które tamten wypowiadał. W jakiś sposób go rozumiał. Ten stary magazyn
musiał być tym, czym samotna ławka w parku dla niego: ucieczką przed światem.
- Mogę zadać jeszcze kilka pytań? – nieśmiało zaczął Kim,
cofając rękę.
Hongseok nic nie powiedział, jednak kiwnął głową.
- Jesteś ode mnie starszy czy młodszy? – zapytał Donghyuk,
widząc jak jego towarzysz uśmiecha się nieznacznie.
- Można powiedzieć, że jestem starszy – odpowiedział krótko Hongseok.
Dong był zdezorientowany.
- Nie rozumiem – mruknął.
Yang westchnął cicho.
- Kiedyś zrozumiesz – mówił, uśmiechając się do swojego
towarzysza. – Kolejne pytanie poproszę.
Donghyuk zastanawiał się przez chwilę.
- Hm… - westchnął. – Dlaczego? To nasze spotkanie. Ja nic
nie…
- Nic nie rozumiesz, wiem – przerwał mu Hongseok. – Sam nie
wszystko rozumiem. Po prostu czuję, że jesteśmy podobni. Zaufaj mi.
Złapał młodszego za rękę, nadając swoim słowom jeszcze
większe znaczenie. Kto powiedział, że wszystko musi mieć sens?
*
Minęło kilka dni. Kilka dni, podczas których nie mógł przestać myśleć o Hongseoku. Miał przed oczami delikatne blizny chłopaka na bladym nadgarstku. Słyszał opanowany głos, mówiący, aby mu zaufał. Czuł delikatny dotyk jego zimnej dłoni. Ten obraz był tak żywy. Na tyle żywy, że miał wrażenie, jakby chłopak naprawdę był blisko niego. Nawet, gdy szedł wzdłuż szkolnych korytarzy. Może był jego aniołem stróżem? Tylko przez moment nie czuł jego obecności, jednak była to znacząca chwila. Donghyuk oparł się o parapet jednego z okien i spojrzał na zegarek wiszący przed nim. Zostały mu jeszcze 4 lekcje, jakoś to wytrzyma. Poprawił plecak i ruszył w stronę klasy, w której niedługo miał mieć zajęcia. Zdążył zrobić kilka kroków, gdy ktoś podbiegł do niego i przycisnął do parapetu, przy którym przed chwilą stał. Dong przymknął oczy z bólu, czując jak krawędź kamienia wbija mu się w plecy, jednocześnie ręka oprawcy boleśnie zaciskała się na jego ramieniu. Zadzwonił dzwonek na lekcje. Chłopak wiedział, że to będzie dla niego koniec zajęć na ten dzień. Otworzył oczy i spojrzał wprost w szeroko uśmiechnięte oblicze Hanbina.
- Co jest królewno? – zaśmiał się, a jego uścisk był coraz
silniejszy. Donghyuk jęknął cicho z bólu.
- Zostaw mnie w spokoju – powiedział stanowczo.
- Czyżbyś próbował się stawiać? Nikt Ci nie pomoże,
kwiatuszku – mówił Hanbin, a uśmiech nie schodził mu z twarzy.
Wyjął z kieszeni scyzoryk, który rozłożył sprawnym ruchem. Donghyuk
próbował się wyrwać, ale nie miał szans.
- Masz taką ładną buźkę – szepnął oprawca, delikatnie
przesuwając ostrze po drżącym policzku swojej ofiary.
Przyjrzał się swojemu dziełu, po czym naciął skórę na
ramieniu chłopaka, uprzednio rozpinając jego szkolny mundurek. Krew zabarwiła
białą koszulę. Hanbin kontynuował swoje zajęcie, a Donghyuk nie był w stanie
nic zrobić. Nadal czuł ból w ściskanym ramieniu, do którego teraz doszedł ten
pochodzący ze świeżych ran, połączony z ciepłem wypływającej z nich krwi.
- Dlaczego nie jesteście w klasach? – rozległ się głos
nauczycielki.
Donghyuk poczuł, jak uścisk na jego ramieniu odrobinę
słabnie. Była to jego jedyna szansa. Gwałtownie wyrwał się swojemu oprawcy i
wybiegł ze szkoły. Plecak spadał mu z jednego ramienia, zaś drugie, podobnie
jak policzek, ociekało krwią. Chłopak biegł dalej, byle jak najdalej stąd.
Chciał, aby Hongseok był przy nim i być może dlatego podświadomie udał się w
stronę magazynów. Nie mógł pamiętać drogi, a mimo to trafił tam. Nie zgubił się
w labiryncie ulic, ani w natłoku starych budowli. Bez problemu odnalazł
miejsce, do którego zaprowadził go wcześniej przyjaciel. (Przyjaciel? Czy można
uznać kogoś za przyjaciela, gdy zna się go tak krótko?) Donghyuk tak, jak wtedy, wszedł przez metalowe
drzwi i tak, jak wtedy, jego uwagę przyciągnęły znicze zapalone wewnątrz
magazynu. Teraz było ich więcej. Chłopak wszedł do najjaśniejszego punktu
budynku i rozejrzał się dookoła, ale nikogo tu nie było. Uklęknął na betonie i
zaczął płakać, a łzy mieszały się z krwią na jego policzku. Schował twarz w
dłoniach i trwał tak przez jakiś czas. Dookoła panowała przerażająca cisza,
słychać było tylko jego ciche łkanie. Nagle Donghyuk poczuł zimne dłonie, które
delikatnie złapały jego nadgarstki, zmuszając go do opuszczenia rąk z twarzy.
- Co ci się stało? – spytał cicho Hongseok, z przerażeniem
przyglądając się ranom chłopaka.
- Jeden idiota w szkole, dorwał mnie i wyjął nóż i… - zaczął Donghyuk
łamiącym się głosem.
- Wystarczy – przerwał mu Yang. Objął chłopaka i przyciągnął
bliżej do siebie. – Tutaj nikt nie zrobi Ci krzywdy.
Trwali w uścisku, aż młodszy uspokoił się. Wtedy Hongseok
odsunął przyjaciela i jeszcze raz spojrzał na niego. Przesunął kciukiem po
ranie na policzku chłopaka. Nagle wstał bez słowa i wyszedł, po chwili wracając
z kawałkiem materiału.
- Masz wodę? – spytał siedzącego chłopaka.
Dong kiwnął głową, wyciągnął butelkę z plecaka i rzucił w
stronę Hongseoka. Tamten zręcznie złapał przedmiot i usiadł na brzegu łóżka.
- Chodź – rzucił w stronę zakrwawionego Donghyuka.
Chłopak wstał powoli i zajął miejsce obok swojego
przyjaciela. Cały czas tłumił w sobie płacz. Tymczasem Hongseok zamoczył
materiał i zaczął delikatnie ścierać krew z twarzy Donghyuka. Ten dopiero teraz
poczuł palący ból w ramieniu i pulsowanie w policzku. Yang dokładnie wytarł
twarz chłopaka i zabrał się za jego szyję. Czas mijał w ciszy. Ranny patrzył nieobecnym
wzrokiem w podłogę.
- Zdejmij koszulę – rozległ się nagle głos Hongseoka.
- Co? – zapytał zdezorientowany Donghyuk, odwracając wzrok w
stronę przyjaciela.
- Nie wiem, co sobie myślisz – zaczął Yang, uśmiechając się.
– Ale chce ci pomóc, a nie uda mi się to, jak jesteś taki poubierany.
Donghyuk trwał przez chwilę w zamyśleniu, po czym zaczął
powoli rozpinać guziki koszuli. Hongseok cierpliwie czekał, aż jego towarzysz
się rozbierze. Po tym położył jedną rękę na lewym ramieniu chłopaka. W drugiej
dłoni trzymał mokrą szmatkę, którą zaczął wycierać z niego krew. Donghyuk
jęknął cicho, czując dotyk jego zimnej skóry na swoim ciele. Słysząc to, Yang
spojrzał na twarz chłopaka i uśmiechnął się. Zawstydzony Kim odwrócił wzrok. Hongseok
wrócił do swojego zajęcia, jednak teraz przesunął lewą dłoń na szyję chłopaka. Donghyuk
przymknął oczy i usłyszał cichy śmiech przyjaciela.
- Jesteś niezwykle uroczy – powiedział Hongseok, odrzucając
szmatkę. – A ja już skończyłem.
Dong sięgnął po zakrwawioną koszulę, gdy poczuł chłodną dłoń
na swoim torsie. Spojrzał w stronę towarzysza.
- Nie – szepnął Yang, przybliżając twarz do szyi chłopaka.
Donghyuk zadrżał. Oddech Hongseoka był równie zimny, co jego
dłonie. Wtedy chłopak zaczął się zastanawiać, czy ciało tamtego także jest
takie chłodne. Chciał to sprawdzić. Jednak zanim zdążył cokolwiek zrobić, usta
chłopaka dotknęły jego skóry. Czuł, jak zabierają całe ciepło z jego ciała.
Złapał Hongseoka za ramię i odsunął od siebie. Patrzył na niego zaskoczony,
podczas gdy tamten uśmiechał się tajemniczo.
- Nie bój się – szepnął Yang, znowu przybliżając się do młodszego,
który znowu delikatnie go odepchnął.
- Nie boję się – zaczął zdecydowanie. Jednak, gdy napotkał
wzrok towarzysza, zmienił zdanie. – No dobra, boję się.
Hongseok zaśmiał się cicho.
- Wiedziałem – powiedział, dotykając rany na policzku
chłopaka. – Ale ja Cię nie skrzywdzę. Zaufaj mi.
Donghyuk westchnął, gdy przyjaciel znowu złożył pocałunek na
jego szyi. Po jego ciele przeszły ciarki. Przymknął oczy, jednak po chwili
usłyszał szelest materiału, co sprawiło, że gwałtownie je otworzył. Hongseok
zdjął swoją koszulę, ukazując posiniaczone i poranione ciało. Dong ledwo
stłumił krzyk, powodując śmiech u swojego towarzysza.
- Nie myśl teraz o tym – szeptał tamten w szyję chłopaka. –
Mamy inne rzeczy na głowie.
Niewiele myśląc, Donghyuk dotknął torsu Hongseoka. Tak, jak
sądził, był on zimny niczym kamień. Położył swoje dłonie na jego ramionach i
przyciągnął go do siebie. Czuł, jakby znali się od wieków. Czuł, że potrzebuje
jego bliskości, jak niczego innego.
*
Donghyuk nie miał pojęcia, która jest godzina. Pewnie zbliżał
się wieczór, a on siedział sam w ciemnym kącie magazynu. Od kilku dni nie
chodził do szkoły i możliwie jak najwięcej czasu spędzał w ruinach. Mimo, że od
tych kilku dni nie spotkał Hongseoka. Cały czas czekał, ale chłopak się nie
pojawił. Dong zaczynał się bać, że więcej go nie spotka.
Zamarł, gdy usłyszał kroki przy wejściu do magazynu.
- Hongseok? – szepnął z nadzieją w stronę mroku.
Jednak z ciemności wyłoniła się nieznana mu kobieta, którą
jego obecność zdawała się przerażać. Nie zważając na to, nieznajoma podeszła do zapalonych
zniczy i klękając wyjęła z torebki kolejny. Po krótkie chwili wstała i udając,
że nie widzi chłopaka, zbliżyła się do drzwi.
- Przepraszam – powiedział głośno Donghyuk, wstając z
zakurzonego betonu.
Kobieta odwróciła twarz w jego stronę, jednak unikała jego
wzroku.
- Tak? – odpowiedziała cicho.
Chłopak uśmiechnął się do niej delikatnie, chcąc złagodzić
nieprzyjemną atmosferę.
- Szukam mojego przyjaciela – zaczął. – Zawsze się tu
spotykaliśmy, a od kilku dni go nie widziałem. Może go pani zna. Nazywa się
Yang Hongseok.
Nieznajoma zbladła, gdy tylko usłyszała to imię. Spojrzała na
Donghyuka ze łzami w oczach.
- Hongseok? – powtórzyła po nim ledwo dosłyszalnie.
- Tak – potwierdził chłopak, jednak uśmiech zniknął z jego
twarzy.
Kobieta stała przez chwilę w ciszy, a gdy się w końcu
odezwała, głos łamał jej się.
- Hongseok to mój syn. On… On powiesił się w tym miejscu cztery
lata temu… Musiałeś coś pomylić.
- Och… Przykro mi. – Donghyuk nie był w stanie powiedzieć ani
jednego słowa więcej. A kobieta również nie chciała wgłębiać się w temat,
ponieważ opuściła magazyn, zanim chłopak zebrał myśli na tyle, by się odezwać.
Czy to był żart? Czy świat sobie z niego zadrwił? A może to
głupi kawał Hanbina i jego bandy? Kim tak naprawdę był Hongseok? O co w tym
wszystkim chodziło? Tysiące myśli gromadziło się w głowie chłopaka, aż w końcu
każda z nich wypłynęła w postaci łez. I została tylko pustka. Pustka w głowie i
w sercu. Donghyuk padł na ziemię, wyciągając ręce w stronę leżącego niedaleko
plecaka. Złapał go i przyciągnął do siebie. Po omacku odsunął suwak bocznej
kieszeni, z której wypadł nóż. Chłopak gubił się we wszystkim, ale rozumiał
jedno. Hongseok nie żył. Nieważne, jak to się stało, że mógł być obok niego.
Chciał być znowu przy nim. Wiedział, co musi zrobić i to był jedyny sposób.
Donghyuk usiadł, ocierając łzy. Spojrzał na ostrze w swojej dłoni i przymknął
oczy. Teraz to poczuł. Jego obecność. Zimna dłoń dotknęła jego ramienia.
- Nie bój się – wyszeptał głos, dla którego potrafił zrobić
wszystko. – Będziemy zawsze razem. Zawsze.
Te kilka słów były dla niego obietnicą. A Yang Hongseok był
osobą, której ufał ponad wszystko. Nie miał dla kogo żyć, za to miał dla kogo
umierać.